Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włos odświętny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włos odświętny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2015

1. Włos odświętny - niedziela dla włosów I

Pierwsza i odświętna notka w moim nowym miejscu - zaczynamy!

Wszystko zaczęło się od jednej osoby, pieszczotliwie nazywanej Chamem, która zwracała mi często uwagę z powodu moich włosów. Przede wszystkim na fakt, że powinnam je przyciąć. I tak trwało to do momentu w którym z nożyczkami wyruszyłam w stronę łazienki. Tamtego dnia pozbyłam się zapuszczanego od jakiegoś czasu mysiego ogona (pokruszonych końcówek, tłumacząc na ludzki), a niedługo potem trafiłam do Mekki włosowo-kopniętych...


Opowiadającym jestem marnym, dlatego przechodzę do istoty notki.



Dzisiejsze święto rozpoczęło się od...

Podano do stołu!

1. Olejowanie: Amla. Najsampierw włosy zostały rozczesane i zmoczone wodą z gliceryną. Za pomocą strzykawki naoliwiłam skalp i wykonałam jego masaż. Resztę włosów potraktowałam podobnie i nałożyłam na 4 godziny czepek i wełnianą czapkę. (Co przy tej temperaturze było istną torturą...)

2. Maska przed myciem: na początku wytrzymać było trudno, ale tych kilka godzin w końcu minęło. Maska przed myciem składała się ze składników z lodówki, tj. pół kostki drożdzy, żółtko jajka, łyżka miodu, łyżka kakao i łyżka zwykłego oleju słonecznikowego. To ostatnie dodałam tylko dlatego, żeby konsystencja była włosom miła. Całość nałożyłam na włosy, owinęłam folią spożywczą i opatuliłam tym razem w koszulkę. Maska po chwili zaczęła wesoło rosnąć, uciekając przy tym po szyi, plecach i uszach. Drożdże to uparte i przewrotne skurczybyki... Po 40 minutach maskę spłukałam wodą.
 Podano do stołu!
Jedna z moich ulubionych masek domowych.  
Ładnie pachnie, choć smakuje już nieco gorzej...

3. Mycie: szampon Isana mocznik. Zadziwiająco dobrze się pienił i bez problemu zmył resztki maski i oleju z głowy.

4. Maska po myciu: Isana granat. Co wyczytałam u włosowego guru, to zastosowałam - maskę wmasowałam we włosy. Ta metoda faktycznie przynosi nieco lepszy efekt od siedzenia w wannie z maską na głowie i czekania na włosowy cud. Po około 20 minutach maskę zmyłam chłodną wodą, a włosy owinęłam w bawełnianą koszulkę.

5. Po myciu: skalp dokarmiłam wcierką z kozieradki (ostatnio włosy nieco mocniej wypadają, chociaż nie wiem czy to nie wina noszonych nakryć głowy), na długości zastosowałam kilka kropel balsamu Joanna mleko i miód (niezbędny w mojej włosowej kolekcji). Na końcówkach natomiast - serum Joanny z tej samej linii. Po wyschnięciu włosy przeczesałam szczotką kołtunołapką. Mimo starań na końcach włosów nadal tworzą się wicherki i za nich nie chcą wywijać się w stronę szyi.


Efekty i wnioski:

- włosy (jak zawsze po wyżej wymienionej masce drożdżowej) wizualnie wyglądają na grubsze. Dzięki kakao błyszczą się ładnie, chociaż nie pachną tak intensywnie jak po zastosowaniu zmodyfikowanej wersji maski po myciu;

- dzięki masce Isana granat i pewnie też metodzie, przy pomocy której została zaaplikowana, czupryna jest bardziej miękka (w porównaniu do zastosowania samej maski drożdżowej/zmiany kolejności aplikacji);

- przygotowanie kozieradki doprowadza mnie do szewskiej pasji tak samo jak za pierwszym razem. Chyba nigdy nie nauczę się jak dobrze i sprawnie przesączyć glutka przez sitko...


 
W świetle dziennym błyszczą wściekle, ale też dobrze widać odrost. Na pierwszym widać wspomniane wicherki, nie poddające się żadnej szczotce.


Tak naprawdę włosy od czasu drastycznej zmiany długości przestały być moim największym wrogiem. A było to prawie dokładnie miesiąc temu.
Następnym razem postaram się podsumować końcącą się (na szczęście!) kuracje drożdżem-przestępcą.

Rudzik jednooki. 

PS. Chamie, mam nadzieje, że kiedyś to przeczytasz!